Przyznaję
się bez bicia, że Erasmus mnie pochłonął i stąd moje miesięczne opóźnienie (
tak, wiem- jestem złą blogerką) z notką z Paryskiego Fashion Week'a. Od czego by zacząć...
Może od
tego, że dzięki tego typu eventom nabieram dystansu do mody. Uwielbiam ją, jest
moim największym hobby, jednak czasami nie czuję się dobrze z osobami, które
podzielają moją pasję- blogerkami. Polskimi i zagranicznymi. Nie jestem w
stanie identyfikować się z osobami, które radośnie pozują przed fotoreporterami
w bluzce na ramiaczkach i szortach, kiedy ja marznę w płaszczu.
Właśnie to drażniło mnie od początku. Nie czułam, że
uczestniczę w najważniejszym wydarzeniu w świecie mody. Wydawało mi się, że znalazłam sie na
targowisku próżności. Pierwszego dnia nie wiedziałam jak mam znaleźć Fashion
Week. Co zrobiłam? Podążyłam za grupą "odstawionych" 17letnich dziewczyn i
tym sposobem dotarłam tam gdzie chciałam. Żadna z nich nie weszła na pokazy, bo nie miały zaproszeń.
Za to bardzo ładnie pozowały panom reporterom. Zastanawiam się w takich momentach, czy moda jest ich pasją czy tylko środkiem do bycia rozpoznawalną w internecie? Czy w ogóle ciekawią je najnowsze kolekcje projektantów, czy ważniejsze jest na ilu portalach z modą streetową się znajdą.
Dodatkowo,
zazwyczaj to ja byłam najmłodszą osobą na pokazach. Widziałam może z dwa razy
osoby w moim wieku ale na pewno nie siedziały w pierwszym rzędzie, tylko
ostatnim.
W Paryżu musisz
zapracować by dostać się na pokaz. Bynajmniej nie ilością "lajków" na
Facebooku.
Ponarzekałam sobie na próżne blogerki, więc mogę dojść do samego Fashion Week'a.
Całość nie powalała. Może to
kwestia tego, że nie byłam na pokazach tych najbardziej topowych projektantów.
Dla mnie, w większości nie miały atmosfery. Przychodziłam, siadałam,
oglądałam i wychodziłam. Nie czułam nic niesamowitego oglądając cale widowisko. Może to kwestia niedobranej muzyki. Może miałam zbyt wielkie oczekiwania. Może trafiłam na słabsze kolekcje. Może nie potrafię zapomnieć emocji, które mi towarzyszyły podczas polskiego
Fashion Week'a. Po Łodzi
wróciłam naładowana pozytywnymi emocjami, żyłam nim przez 2 tygodnie i byłam najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi. Po
Paryżu.. nie miałam tego uczucia. A bardzo na nie liczyłam.
John Galliano
Prawda jest taka,że jest mi bardzo trudno ocenić ten
pokaz, z powodu miejsca, w jakim go oglądałam.
Był to ostatni rząd i niewiele widziałam. Po przejrzeniu
zdjęć dochodzę do wniosku, że dużo nie straciłam. Nie lubię
niepraktycznej mody. Chyba, że jest wyjątkowo piękna. W przypadku pana Galliano
mój warunek nie został spełniony. Na pewno dużym plusem kolekcji były piękne
płaszcze. Więcej pozytywnych rzeczy nie dostrzegam. Show nie było, muzyka dość
nużąca.. Nie czułam nic po wyjściu z pokazu. A o to mi zawsze
chodzi- o uczucie, że doświadczyłam czegoś niepowtarzalnego.
Hexa by Kuho
Pokaz odbył się w pięknej bibliotece prestiżowego liceum
Henry IV. Jak dla mnie, miejsce było największym plusem całego show.
Pojawiły się przede wszystkim geometryczne formy, wariacje na temat
płaszczy i dużo falban. Jakość ubrań niestety nie wyglądała na tą z najwyższej
półki a modelki wyglądały na przestraszone. Kolekcja nie była w żaden
sposób odkrywcza. Ładna, ale czy powinna znaleźć się na Paryskim Fashion
Week'u? Nie wydaje mi się.
Junko Shimada
Pierwszy raz byłam na pokazie, który był tak kompletnie
odmienny od mojego gustu. Może ja takiego stylu po prostu nie rozumiem, jednak
jak dla mnie była to prezentacja kostiumów dziewczyny Alladyna. Nie jest to ani
ładne, ani praktyczne. Ani casualowe, ani glamour. Sam pomysł jest
interesujący, jednak projektantka nie udźwignęła tego ciężaru. Nie widzę
kobiet, które będą zabijać się o te projekty i których marzeniem będzie
wyglądać jak kobieta Shimady...
Talbot Runhof
Projektant zaprosił swoich gości do pięknej sali w hotelu
Grand Hotel Intercontinental . Wystrój miejsca był naprawdę piekny. Sam pokaz,
już mniej. Runhof zaprojektował kolekcję bardzo glamour, elegancką i kobiecą.
Bardzo podobały mi się cekinowe sukienki ( tak, kocham jak się wszystko świeci
). Niestety, całość nie była ani nowatorska, ani do końca nowoczesna. W
jego ubraniach widzę kobiety, które nie chcą ani nie potrafią ryzykować
i zawsze stawiają na bezpieczne fasony. Ot, idealna kolekcja na spotkania żon
biznesmenów. Ładna, ale wciąż nie wystarczająca dobra jak na Paryż.
Arzu Kaprol
Pierwszy pokaz, z którego wyszłam zadowolona i z
delikatnymi motylkami w brzuchu.
Dobre jakościowe materiały, stonowane kolory, kobiece kreacje, w których nie tylko modelki mają szansę dobrze wygladać. Dodatkowo, piękne szpilki ozdobione koralikami i łańcuszkami w okolicach kostki. Mały detal, jednak od razu dodawał charakteru stylizacjom. Kolejnym plusem była wreszcie odpowiednio dobrana muzyka. Czasami wydaje mi się, że projektanci kompletnie nie doceniają roli muzyki i tego jak ważnym jest elementem pokazu. Całość naprawdę dobra i parę rzeczy chętnie bym przygarnęła.
Dobre jakościowe materiały, stonowane kolory, kobiece kreacje, w których nie tylko modelki mają szansę dobrze wygladać. Dodatkowo, piękne szpilki ozdobione koralikami i łańcuszkami w okolicach kostki. Mały detal, jednak od razu dodawał charakteru stylizacjom. Kolejnym plusem była wreszcie odpowiednio dobrana muzyka. Czasami wydaje mi się, że projektanci kompletnie nie doceniają roli muzyki i tego jak ważnym jest elementem pokazu. Całość naprawdę dobra i parę rzeczy chętnie bym przygarnęła.
Lie Sang Bong
Finałowy pokaz całego Fashion Week'a i pierwsze prawdziwe
show. Na wybiegu pojawiły się geometyczne wzory, dużo pepitki, czerwieni
i motyli. Nie jest do końca to co lubię w modzie najbardziej, jednak na
pewno jest to kolekcja, którą można nosić na co dzień ( i czuć się w niej
wyjątkowo). Najpiękniejszą częścią pokazu były dwie sukienki zrobione z
motyli. Oglądając pokaz miało się wrażenie, że modelki obsiadły te delikatne
owady. Na sam koniec, projektant sprawił, że nad naszymi głowami
rozpętała się burza a przez środek wybiegu sunęły modelki zaopatrzone w
parasolki z ... motylkami, oczywiście :)




































